Hogwart, 18 września 1978
Kochana Sabrine,
Już za
Tobą tęsknię, mimo że
od naszego spotkania minął dopiero tydzień. Hogwart zdaje mi się być
jeszcze piękniejszy niż w zeszłym roku. Chyba nigdy nie przywyknę do jego wspaniałości. Nigdy nie przestaną zaskakiwać
mnie ruchome schody, które ciągle
prowadzą w inne strony. Nie znudzą mi się
również mecze quidditcha rozgrywane na naszym
szkolnym boisku.
Nie wiem, po co Ci o tym wspominam. W końcu sama tego wszystkiego doświadczyłaś.
Może dlatego że nie wiem, o czym innym mogłabym napisać? Ostatnio naszła mnie myśl, że łączy nas jedynie pokrewieństwo. Nie jesteśmy
ze sobą zżyte,
a przecież jesteśmy siostrami! Pomyślałam sobie, że
to przez różnicę
wieku, ale przecież z Adele i Brianem mam doskonały kontakt.
Więc może
winne braku więzi między
nami są Twoje ciągłe wyjazdy? Jakby się nad tym zastanowić to odkąd
trafiłaś do Hogwartu, nie spędziłyśmy
z sobą za wiele czasu. Kiedy zaczęłaś
naukę miałam trzy latka, toteż nie mam za wiele związanych z Tobą
wspomnień.
Cieszę się, że
zaprzestałaś wyjazdów. Wiem, że ostatnie miesiące
były dla Ciebie bardzo ciężkie
z powodu żałoby i wolałaś unikać
ludzi, ale mam nadzieję, że
od teraz zaczniemy nawiązywać ze
sobą bardziej siostrzane relacje. Może mogłybyśmy
spotkać się
któregoś dnia w Hogsmeade? Nie mogę znieść myśli, że
zobaczę Cię
dopiero na święta.
Najbliższy wypad do wioski przypada w najbliższą
sobotę.
U mnie nie dzieje się nic ciekawego. Nauczyciele jak zwykle zadają mnóstwo prac domowych, mimo że to dopiero trzeci tydzień szkoły, więc
nie mam czasu na nic poza nauką.
To naprawę nużące. Pewnie się ze
mną nie zgodzisz. W końcu ty żyjesz,
by zgłębiać
wiedzę. Naprawdę podziwiam Cię za
Twój zapał.
Co u Was w domu? Pogodziłaś się już z mamą?
Nie lubię, gdy się kłócicie. Obie chodzicie wtedy smutne.
Muszę kończyć.
Mam jeszcze esej do napisania z eliksirów. Osiem stóp! Zajmie mi to całą noc. Mam nadzieję, że niedługo się
spotkamy!
Z niecierpliwością
czekam na Twoją odpowiedź.
Pozdrowienia z magicznego Hogwartu!
Twoja L.
Sabrine
przeczytała napisany lekko pochyłym, ozdobionym licznymi zawijasami pismem list od siostry i
uśmiechnęła się pod nosem. Bycie smutnym po kłótni z rodzicami przestało być
aktualne lata temu. Obje doskonale o tym wiedziały. Ponadto cały list brzmiał sztucznie
i zbyt oficjalnie, by być dziełem dwunastolatki. Dziewczyna założyłaby się o
wszystko, że to rodzice zmusili Lisę do jego napisania. Prawdopodobnie sami go
wymyślili. Skoro kłótnie, rozkazy i zakazy nie działały to postanowili
zastosować szantaż emocjonalny.
„To
poniżej waszego, i tak już niskiego, poziomu, żeby posługiwać się jednym
dzieckiem, by wpłynąć na drugie” – pomyślała, wykrzywiając usta w szyderczym
grymasie.
Wróciła
wspomnieniami do ich ostatniej próby „nawrócenia” Sabrine. Zmusili Adele i
Brian, by ci przez cały wieczór opowiadali jak wspaniale jest zasilać szeregi
aurorów i Zakonu Feniksa. Sabrine podejrzewała, że większość opisanych przez
rodzeństwo zdarzeń należało włożyć między bajki. Zapewne liczyli, że kiedy
usłyszy o niebezpiecznych, ekscytujących akcjach, to zapragnie je przeżyć. Nie
od dziś wiadomo, że kochała ryzyko oraz przygodę i między innymi dlatego podróżowała z przyjaciółmi po świecie.
Podpaliła
list i wrzuciła go do zgaszonego kominka. Chwilę patrzyła jak płomienie
łapczywie pożerają pergamin, a ten zmienia się w kupkę popiołu. Następnie sięgnęła
do szuflady nocnej szafki, by wyjąć przybory do pisania. Miała wielką ochotę
zrobić na złość rodzicom i wymyślić dotkliwą zemstę, jednak w tej chwili inne,
dużo ważniejsze, rzeczy powinny zaprzątać jej głowę. Musiała nauczyć się magii
bezróżdżkowej oraz znaleźć sposób na dostanie się do Wewnętrznego Kręgu
Voldemorta. Oczywiście nie wolno było jej zapomnieć również o tajemniczym więźniu. Ten
człowiek mógł być kimś ważnym, skoro zainteresowały się nim obaj najpotężniejsi
czarodzieje świata. Dodatkowo wszystko wskazywało na to, że Ministerstwo Magii
nie miał pojęcia o jego obecności w Azkabanie. W obliczu tak pilnych spraw zemsta
na rodzicach zdawała się dziecinną błahostką niewartą poświęcania jej czasu.
Nie
zmieniało to jednak faktu, że nie mogła spotkać się z siostrą w sobotę. Po
pierwsze teraz powinna trzymać się z dala od wszystkich ważnych dla niej osób. Oddając
się na służbę Czarnemu Panu trzeba liczyć się z niebezpieczeństwem. Sabrine
doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Za najmniejszy błąd dziewczyny jej
najbliżsi mogliby słono zapłacić. Co prawda było niewiele osób, których los
obchodził Sabrine. Ich grono zawężało się do Painów, Lisy i Doriana.
Pierwszych
traktowała jak rodzinę i nie chciała, żeby coś im się stało. Jednak znajomość z
nią nie mogła im wiele zaszkodzić z prostego powodu. Rodzice Doris należeli do
ludzi Voldemorta, a więc groziło im takie samo niebezpieczeństwo, na jakie
skazała się Sabrine. Jednocześnie śmierciożerstwo chroniło ich przed gniewem
ich pana wywołanym przez dziewczynę. W końcu kto pozbawiłby sam siebie zaufanych
zwolenników? Bright natomiast stanowił cenne źródło informacji, którego ani
ona, ani Czarny Pan nie chcieli utracić. W ten sposób grono osób, które musiała
chronić zawężało się jedynie do jej siostry.
Dla
Lisy lepiej było trzymać się z dala od Avady. Jeżeli wszyscy pomyśleliby, że nigdy nie miała
dla Sabrine żadnego znaczenia, to nikt nie zamierzałby wykorzystywać
dwunastolatki przeciwko niej. Poza tym w sobotę Czarny Pan miał zorganizować
spotkanie, więc prawdopodobnie i tak nie mogłyby się spotkać.
Przejrzała
uważnie zawartość szuflady. Znajdowały się w niej najróżniejsze drobiazgi, takie
jak: kolorowe, mugolskie długopisy, niewielkie notatniki, paczka Fasolek
wszystkich smaków, kilkanaście zdjęć i wycinków z gazet oraz wiele innych mniej
lub bardziej potrzebnych rzeczach. Wyciągnęła z niej pergamin i atrament. Nigdzie
nie widziała pióra, więc zanurzyła rękę głębiej. Jednak zamiast niego jej palce
napotkały zimny metal i instynktownie się na nim zacisnęły. Wiedziała, co to było. Zdawała sobie również sprawę, ile bólu kosztowałoby wyciągnięcie znalezionego
przedmiotu na światło dzienne. Nie
chciała go oglądać, ale jednocześnie nie mogła się powstrzymać. Dłoń, jakby
niezależnie od mózgu, zacisnęła się na znalezisko jak imadło i nie chciała
puścić. Mimo że rozum wołał ostrzegawczo, żeby tego nie robiła to i tak
wysunęła rękę z wnętrza szuflady i spojrzała na trzymany przedmiot.
Natychmiast
poczuła ucisk w sercu. Na jej dłoni spoczywał srebrny medalion na grubym
łańcuszku wykonanym z tego samego kruszywa. Miał kształt równoramiennego trapezu
z krótszą podstawą zwróconą ku dołowi. Drobne rubiny układały się w pięknego
feniksa dokładnie na jego środku. Ptak miał rozłożone skrzydła, a jego ogon
przywodził na myśl płomienie. Zwierze wyglądało, jakby właśnie wzbijało się do
lotu. To wrażenie potęgowało światło, które odbijając się od rubinów nadawało
im wrażenie ruchu, a wtedy przypominały płynny, palący się ogień.
Oczy
zaszły jej łzami. Pamiętała moment, w którym go stworzyła. Nie dało się go zapomnieć.
Nocne koszmary przypominały jej to wydarzenie. Sen urywał się, gdy wychodziła z
Pokoju Życzeń. Potem zmieniał się w marę. W rzeczywistości poszła jednak po
eliksir, w którym musieli zanurzyć medaliony, by te ostygły i utrwaliły się.
Kiedy wróciła, Crucio miała już gotowy swój. Z diamentów utworzyła przepięknego
jednorożca biegnącego w galopie.
Przyszedł
czas na nią. Wyobraziła sobie wzlatującego feniksa, jednocześnie czytając
zaklęcie. Czuła jak porywa ją magia, jak krąży wokół niej i wnika w każdą
komórkę ciała. Cały otaczający świat, jej przyjaciele, magiczny pokój przestały
się liczyć. Wszechświat zdawał zaczynać i kończyć się na leżącym przed nią
medalionie i księdze, z której czytała zaklęcie. Kiedy wypowiedziała ostanie
słowo wszystko minęło tak nagle, jak się zaczęło. Klejnoty wsiąknęły w metal, a
ona ponownie nawiązała kontakt z rzeczywistością.
Trzy
medaliony były gotowe. Pozostało jedynie włożyć je do eliksiru i cierpliwie
poczekać.
Cały rytuał
zapewnił przedmiotom niesamowitą moc. Według księgi od tej chwili były odporne
na zniszczenia. Ponadto nikt nie mógł zedrzeć ich z szyi tego, który w danej
chwili je nosił. Jedynie on sam był w stanie to uczynić. A wszystko dzięki
wcześniejszej magicznej obróbce kamieni, które zaklęcie na stałe spoiło ze
srebrem i przelało część ich magii na metal.
Pamiętała
dumę, z jaką patrzyli na swoje dzieła. Były to ich pierwsze poważne próby z
rytuałami i długotrwałymi klątwami. Nigdy wcześniej nie praktykowali czegoś tak
potężnego i z całą pewnością niebezpiecznego.
Jednak tamto
wydarzenie nie było ostatnią próbą modyfikacji przedmiotów. Przez wiele lat robili
wszystko, by uczynić z nich o wiele potężniejsze artefakty - rzeczy mogące
ochronić ich przed Zaklęciami Niewybaczalnymi. Nie udało im się. Lata
eksperymentów, stosy czarno- i białomagicznych ksiąg oraz ogromne pokłady magii,
zapału i cierpliwości nie uchroniły Imperio i Crucio od avady kedavry. Srebro pozostało srebrem. Niczym więcej.
Oczy Sabrine
zaszkliły się. Nagle ogłuszył ją przerażający, zwierzęcy ryk. Dopiero po chwili
zdała sobie sprawę, że to z jej ust się wydobył. Jednak nie próbowała go
powstrzymać. Z całej siły cisnęła nieszczęsny przedmiot w ścianę. Zalała ją
fala bólu, jakiego jeszcze nie czuła. Ucisk w klatce piersiowej i ciągły wrzask
odebrał jej oddech. Zgięła się w pół, przyciskając splecione ręce do piersi. Po
miesiącach żałoby w końcu dała upust cierpieniu i rozpaczy. Łzy ciekły jej
obficie po policzkach, gardło po chwili bolało od nieustannego wrzasku.
Szyby w oknach
eksplodowały. Wiatr wdarł się do pokoju rozrywając zasłony i zrzucając rzeczy z
półek i stolika. W dłoniach dziewczyny pojawiły się zielone kule mocy, od
których zaczęły odchodzić promienie. Godziły we wszystko, co stało im na
drodze. Stara szafa w ułamku sekundy zamieniła się w kawałki desek i drzazgi.
Poduszki rozerwały się zasypując pomieszczenie piórami, które nagle zajęły się
płomieniami, a pokoju wypełnił swąd palonego pierza. Książki wyleciały z półek
gubiąc strony. Po chwili i one płonęły. Niewielkie przedmioty wzleciały i
zaczęły krążyć wokół nadal wyjącej i szlochającej dziewczyny.
Miała
wrażenie, że serce rozrywa jej się w piersi. Obezwładniający ból wylewał się
strumieniami z tego miejsca i zalewał całe jej ciało. Świat zawirował przed
oczami, aż zrobiło jej się od tego niedobrze. Płucom brakowało powietrza.
Zaczęła dławić się własnymi łzami. Próbowała złapać oddech, ale nie udawało się.
Oczy zaszły czarną jak smoła mgłą. W uszach słyszała szum. Zaczynała tracić
kontakt z rzeczywistością.
Piekło
panowało wokół niej i w niej. Trawiło ją od wewnątrz i od środka. Mogła myśleć
jedynie o tym, że umiera. Była pewna, że nie uda jej się złapać powietrza, że
się udusi. Znikąd nie było ratunku. Rzuciła na pokój potężne zaklęcia już dawno
temu. Dzięki nim nikt nie mógł usłyszeć ani jej wrzasków, ani hałasu jaki
narobiła.
Umierała z
bólu i tęsknoty od dawna. Umierała z braku tlenu od teraz. Umierała i jedyne co
przychodziło jej do głowy to to, że nie zdążyła pomścić przyjaciół. Że nikt
nigdy nie pozna prawdy, kto ich zabił. Że to Albus Dumbledore wydał rozkaz
zamordowania całej trójki, dlatego że się bał. Bo był przerażony, że mogą
stanąć po stronie Voldemorta. Albo jeszcze gorzej – sami zostaną kimś na jego
podobieństwo. To dyrektor Hogwartu wydał wyrok śmierci na kogoś, kto brzydził
się przemocą, kto nigdy nie chciał być sługą Czarnego Pana ani ciemiężycielem
magicznego świata. Kazał zabić niewinnych, bo przerażała go wizja, w której oni
stanęliby przeciwko niemu. Zrobił to „dla większego dobra”.
Jej oczy
zamieniły się w płonące szmaragdy. Moc rozsadzała ją. Czuła jej rośnie w niej
ogromna siła próbująca rozerwać ją od środka. Magia wokół niej zacieśniła swój
krąg. Znalazła się w olbrzymim wirze, który napierał na nią z każdą chwilą
coraz mocniej, odbierając możliwość oddychania. To był koniec. Już nie uda jej się
wymierzyć sprawiedliwości. Painowie nie dowiedzą się, kto zabił ich córkę i
siostrę. Dumbledore zwyciężył.
Nogi ugięły
się pod nią i uderzyła z impetem o podłogę. Nie poczuła tego. Nie czuła już
nic. Z kolejnym wrzaskiem, który przerodził się w żałosny jęk wydostała się z
niej cała nagromadzona w niej moc. Wszystko eksplodowało, wir rozwiał się, a
niesione przez niego przedmioty z łoskotem spadły na ziemię. Pokój zatrząsł się
i zmienił w pobojowisko. Wszystko zostało rozniesione i zamienione w szczątki.
Okruchy szkła, kawałki drewna, roztopione metale i plastiki. Wszystko tworzyło
nicość.
Jedynie
medalion w kształcie równoramiennego trapezu z krótszą podstawą skierowaną w
dół i pięknym, rubinowym feniksem był cały. Jako jedyny wyszedł z masakry bez
żadnego uszczerbku. Ukryta w nim magia ochroniła go.
Nie zdołał
ocalić jednak swojej właścicielki, której ciało bezwładnie leżało rozrzucone po
środku tego wszystkiego. Była blada, niemal przeźroczysta, jakby pozbawiona
nawet najmniejszej kropli krwi. Z nosa, uszu i kącików ust sączyła się
szkarłatna ciecz. Śnieżnobiałe powieki na pół zasłaniały jej zielone, blednące tęczówki.
Umierała w ciszy i samotności.
~*~
Pogrzeb był
bardzo skromny. Przyszło na niego jedynie kilku bliskich przyjaciół rodziny i
kilkunastu krewnych. Wszyscy ubrani w długie, czarne szaty, pomimo lejącego się
z nieba słońca, stali przed głębokim i szerokim dołem. Nikt nie słuchał słów przepełnionego
żalem pastora. Każdy pogrążył się we własnych myślach – pełnych żalu i
tęsknoty.
Większość
zebranych nie kryła łez. Nawet dostojni, możni wujowie zmarłej nie ocierali
ich. Kochali swoją siostrzenicę. Nie wstydzili się słonych kropel, od których
szkliły im się oczy. Uważali to za hałd dla zmarłej.
Rodzice
dziewczyny szaleli z rozpaczy. Wyglądali jakby nie jedli i nie pili od kilku
dni. Mieli zapadnięte policzki, podkrążone, zaczerwienione oczy, a na twarzach
doszło im kilkanaście zmarszczek. Kobieta zgięta w pół tuliła się do męża,
łkając w jedwabną chustę. On podtrzymywał ją, mimo że sam ledwie stał na
nogach. Musiał być jednak silny. Dla ukochanej i dla syna, który stał obok.
Młody chłopak
nie płakał. Wpatrywał się tylko tępo jak trumna jego siostry niknie w dole.
Odkąd dowiedział się o jej śmierci nie powiedział ani słowa. Większość dnia
wpatrywał się w martwy punkt. Nic do niego nie docierało. Odizolował się od
świata i został sam na sam ze swoim cierpieniem. Pragnął tego. Tak bardzo ich
kochał. Nie tylko ją, ale także i jego, bo był dla niego jak prawdziwy brat.
Zresztą wszyscy zebrani kochali oboje zmarłych i teraz płakali nad ich stratą.
Jedyną osobą
niepogrążoną w rozpaczy wydawała się dziewczyna stojąca najbliżej grobu.
Patrzyła, jak trumna jej przyjaciółki uderza o ziemię tuż obok identycznej,
która skrywała ciało jej przyjaciela. W dziewczynie nie było miejsca na żal i
rozpacz. Jeszcze nie. Na razie rozrywała ją wściekłość i nienawiść do
mężczyzny, który był powodem panującego na cmentarzu cierpienia.
Jej oczy
lśniły zielenią. Ciskały gromy na każdego, kto ośmielił się do niej odezwać. Nie
chciała pocieszenia, pustych słów, daremnych, bezsilnych gestów. Chciała zostać
sama i obmyślać plan zemsty. Nie mogła odpuścić. Za bardzo kochała spoczywających
w ziemi najbliższych. Byli jej rodziną, najcenniejszym skarbem, a przez jeden
rozkaz została ich pozbawiona.
Cofnęła się
myślami do dnia, w którym rozpoczęło się polowanie na nich. Było to w lipcu,
dwa miesiące temu. Przyjechała do domu po dwuletniej nieobecności. Nie
wiedziała czy rodzice przyjmą ją do siebie po tym, jak uciekła z kraju zamiast
stać się żoną syna ich przyjaciół. Miała jednak nadzieję, że przynajmniej zdąży
porozmawiać ze swoją młodszą siostrą. Tylko na niej jej względnie zależało.
Reszta rodziny nie obchodziła jej. Ona ich też.
Stała przed
drzwiami wejściowymi i już miała zapukać, kiedy usłyszała kroki po drugiej
stronie. Wiedziona przeczuciem rzuciła na siebie zaklęcie niewidzialności. Nie
zwykłe, jakiego uczą w Hogwarcie, ale potężne, czarnomagiczne. Wycofała się w
stronę krzaków rosnących przy płocie oddzielającym posesje. Drzwi otworzyły się
i wyszedł przez nie czarodziej. Miał długą brodę i włosy. Była noc i nie mogła
dokładnie zobaczyć jego wyglądu, ale wiedziała, kogo ma przed sobą.
Za mężczyzną
wyszło sześciu innych czarodziei i cztery czarownice. Zaczęli się żegnać i
znikać, jednak Dumbledore pozwolił deportować się jedynie trójce z nich. Resztę
zatrzymał ruchem ręki. Stłoczyli się wokół niego.
– Ponoć
Niewybaczalni wrócili do kraju – rzekł cicho dyrektor Hogwartu, patrząc na
swoich najwierniejszych przyjaciół.
Sabrine
prychnęła w duchu. To nie byli jego najwierniejsi przyjaciele, ale najbardziej
zaślepieni zwolennicy jego pseudoidei. Nie byli w stanie mu się sprzeciwić, bo
każde jego słowo stawało się świętością, gdy tylko spłynęło z ust starca.
– Zgadza się.
Wczoraj widziałem ich na własne oczy, jak wychodzili z pociągu – przytaknął młody
Frank Longbottom. – Zdaje się, że przenocowali u Painów.
Dumbledore
kiwnął głową i obrzucił ich intensywnym spojrzeniem. Był pewien, że może im
ufać i powierzyć swoje plany.
– Jak
większość z was zapewne zauważyła, ta trójka stała się naprawdę niebezpieczna…
– przerwał na moment.
Starał się
dokładnie dobierać słowa. To było bardzo ważne w realizacji celów. Znacznie
ułatwiało mu manipulowanie ludźmi przez te kilkadziesiąt lat.
– Co planujesz
z nimi zrobić? – przeciągającą się ciszę przerwał słodki głos młodej pani
Potter.
Oczy Sabrine
zwęziły się niebezpiecznie. Poczuła gniew.
„Kim on jest,
żeby decydować o losie moim i moich przyjaciół? Bogiem?!” – wykrzyknęła w
myślach.
– Zaproponuję
im dołączenie się do nas.
To oświadczenie
spowodowało poruszenie wśród zebranych. Wszystkie oczy z niedowierzaniem patrzyły
na czarodzieja, starając się, pomimo ciemności, wyczytać z jego twarzy
jakiekolwiek emocje.
– Zwariowałeś?
– oburzył się Black, przerywając nagłe milczenie. – Oni paprzą się w czarnej
magii.
– Lepiej
trzymać ich blisko siebie, Syriuszu. Łatwiej będzie ich powstrzymać, gdy
zajdzie taka potrzeba.
Sabrine
zacisnęła pięści. Powiedzenie, że jest wściekła było dużym niedopowiedzeniem.
Miała ochotę rozszarpać mężczyznę gołymi rękoma. Traktował ich jak zwierzęta!
Jak rzeczy, których można się pozbyć, kiedy przestaną spełniać oczekiwania. Jak
on śmiał tak ich poniżać? Za kogo on się miał?
– Co masz na myśli?
– spytała cicho Lily z nutka surowości w głosie.
Mężczyzna
westchnął i popatrzył na nią ze smutkiem. Wydawało się, że tylko Sabrine
dostrzega fałsz w jego oczach. Wcale nie było mu przykro. Zabiłby ich, gdyby
tylko mógł. Problem w tym, że to nie należało do rzeczy prostych. Od roku
wysyłał swoich ludzi, by ich szukali. Czasami im się udawało, jednak szybko
wszyscy zostali wyprowadzeni na manowce. Dumbledore pomimo swoich starań mógł
jedynie przypuszczać, gdzie Niewybaczalni znajdują się w danej chwili.
– Jeżeli się
nie zgodzą, będziemy musieli....oczywiście w ostateczności... - westchnął przeciągle i z udawanym bólem, na który wszyscy zdali się nabrać. - Obawiam się, że w ostateczności będą musieli zginąć – wyjaśnił, mimo że każdy, nawet Lily,
znała odpowiedź. Potrzebowali tylko potwierdzenia.
– Albusie. –
Remus Lupin pokręcił głową z niedowierzaniem. – Oni nic złego nie zrobili.
Owszem są dość potężni, a Avada bywa porywcza, ale czy naprawdę jest potrzeba
podejmowania tak radykalnych decyzji?
Sabrine
zdziwiła postawa członka Zakonu. Nie spodziewała się, że ktokolwiek waży się
negować postanowienia Dumbledore’a. Jednak mimo wszystko nie poczuła nawet
najmniejszej sympatii do wilkołaka. Wiedziała, że prędzej czy później ulegnie
dyrektorowi i, jeżeli przydarzy się ku temu okazja, stanie naprzeciw niej i jej
przyjaciół, by wykonać rozkaz starca.
– Voldemort
też właśnie tak zaczynał, Remusie. On także najpierw podróżował, zgłębiał
wiedzę, a dopiero potem zaatakował.
– I dlatego
wszystkich, którzy wędrują po świecie i poszerzają swoje zdolności powinniśmy
likwidować? – Lily zmarszczyła brwi, a w
jej głosie dało się uchwycić wrogość.
Młoda pani
Potter, która wyszła za mąż zaledwie tydzień wcześniej i praktycznie od razu
wstąpiła do Zakonu Feniksa razem z czworgiem Huncwotów, mierzyła Dumbledore’a
chłodnym spojrzeniem. Nawet pomimo panującej ciemności Sabrine widziała w jej
oczach iskierki złości. Kolejna osoba, która odważyła się sprzeciwić
dyrektorowi. Avadę coraz bardziej ciekawił tor, który obrała rozmowa.
– Oczywiście, że
nie.
– Więc
dlaczego akurat oni? – Tym razem głos zabrał, dotąd milczący, James Potter.
On również
wydawał się być negatywnie nastawiony do pomysłu dyrektora, który w tym
momencie popatrzył na nich nieodgadniętym wzrokiem. Wyglądał jakby się nad
czymś zastanawiał, wahał. W końcu przemówił:
– Słyszeliście
o masakrze w Abeerden?
Wszyscy
zgodnie pokiwali głowami. Sabrine również o niej słyszała. Trójka ubranych w
czarne szaty czarodziei z zarzuconymi na głowę kapturami w południe pojawiła
się w centrum miasta i spowodowała wybuch na głównej ulicy. Potem ciskali
zaklęciami w przechodniów. Zanim pojawili się aurorzy zdążyli zabić
pięćdziesięciu trzech mugoli, a ponad setka została ciężko ranna. Sprawców nie
udało się do tej pory odnaleźć. W mugolskich mediach mówiono o ataku
terrorystycznym z wykorzystaniem ładunków wybuchowych i broni biologicznej.
Sabrine od Painów dowiedziała się, że za przestępstwem stali młodzi śmierciożercy,
którzy dopiero co przystąpili do Czarnego Pana.
Nie wiedzieli
tego jednak zebrani wokół Dumbledore’a członkowie Zakonu. Zamachowcy nie wyczarowali nad miejscem
zbrodni Mrocznego Znaku, dlatego nikt nie miał pewności czy masakrę spowodowali
zwolennicy Voldemorta. Dumbledore to wykorzystał.
– Jeden ze
świadków zdarzenia zauważył na szyjach sprawców medaliony. Opis pasował do tych,
które noszą Niewybaczalni.
Sabrine
zamrugała z niedowierzaniem. Ani ona, ani jej przyjaciele nie mieli z tym nic
wspólnego. To było ewidentne kłamstwo. Ich medaliony były unikatowe i nikt nie
mógł widzieć ich w Abeerden. Kolejna manipulacja Dumbledore’a, dzięki której
przekona opornych do swojego planu.
– Mimo wszystko nie mamy pewności, że to byli oni. - Głos
Lili stracił na wrogości, w zamian pojawiła się w nim niepewność.
Wszyscy
wpatrywali się w Dumbledore’a w niemym szoku. Sabrine doskonale wiedziała, co
krąży im po głowach. Wczoraj Niewybaczalni wrócili do kraju, a dziś w południe
trójka czarodziei z charakterystycznymi medalionami na szyjach zaatakowało
mugoli. Do tego nosili czarne szaty, które upodobali sobie również Avada i jej
przyjaciele. Przez kłamstwo Dumbledore’a stali się idealnymi podejrzanymi.
– Musimy ich mieć pod kontrolą i w ostateczności
zlikwidować. Dla większego dobra.
Tym
razem nikt się nie sprzeciwił.
Kilka dni
później Dumbledore zaczął wcielać swój plan w życie. Grichowie przyjęli ją z
powrotem, zapewne za jego namową, i prawie traktowali normalnie. Normalnie,
czyli po prostu ją ignorowali albo się z nią kłócili. Kilka dni później
odwiedził ich dyrektor Hogwartu. Rodzinny dom Sabrine okazał się Kwaterą Główną
Zakonu Feniksa. Uczyniono go nią niedawno. Śmierciożercy jakimś cudem
namierzyli poprzednią. Dziewczyna wściekła się na rodziców, że tak lekkomyślnie
narażają Lisę na niebezpieczeństwo. Gdyby i tym razem Czarnemu Panu udało się
zlokalizować siedzibę Zakonu, dziewczynka mogłaby nie przeżyć.
Czarodziej
poprosił ją, żeby sprowadziła swoich przyjaciół. Chciał rozmawiać z nimi na
osobności. Nie zgodziła się. Oznajmiła, że może rozmawiać z nią, a reszta nie
jest potrzebna. Postanowiła też warunek - rozmowy mają toczyć się w obecności
członków Zakonu.
Wszyscy wzięli
to za przejaw buty i chęci bycia w centrum uwagi. Uznali, że dziewczyna nie
liczy się ze zdaniem przyjaciół i uważa się za ich przywódczynię. Musieli
jednak zgodzić się na jej warunki. Z Leo i Doris nie mieli bezpośredniego kontaktu.
Nie wiedzieli także, że Sabrine chroni przyjaciół. Nie chciała ryzykować
rozmową całej trójki twarzą w twarz z Dumbledorem. Mógłby ich zaatakować. Potem
zatuszowałby to, przekształcił na swoją stronę i nikt nie udowodniłby mu winy.
Cały scenariusz był raczej bardzo mało prawdopodobny, ale wolała nie ryzykować
i nie ułatwiać wrogowi sprawy.
Spotkanie przebiegło bez ciekawszych wydarzeń. Dumbledore złożył
propozycję, Sabrine odrzuciła ją. Głucha na argumenty staruszka szybko
doprowadziła dyskusję do końca. Ani na chwilę nie zdjęła też maski oziębłości i
obojętności. Mówiła oschłym, spokojnym tonem, w którym kryła się pogarda do
rozmówcy i jego pomysłu.
Staruszek zwęził oczy i przypatrywał się jej przez dłuższą chwilę. Jego
spojrzenie mówiło jedno. Strzeżcie się.
Sabrine przypominała sobie owe, całkiem niedawne, wydarzenia, wpatrując się
w złote, wygrawerowane na nagrobku litery. Czytała je tak często, że ich obraz
wyrył się w jej pamięci na stałe. Za każdym kolejnym razem nienawidziła ich
coraz bardziej. Były niczym, pozbawionymi jakiejkolwiek mocy i władzy wgłębieniami
w marmurze, a jednak zadawały większy ból niż klątwa Cruciatus.
Ś.P.
Doris Elvira Pain
Ur. 20.06.1958r.
Zm. 29.07.1978r.
Ś.P.
Leonard Magnus Hunter
Ur. 18.03.1958r.
Zm.29.07.1978r.
Zmarli tragicznie w wyniku ataku.
Walczyli do końca.
Sabrine po raz tysięczny przeczytała napis na samym dole. “Walczyli do
końca”. To ona kazała dopisać to zdanie. Była przekonana o jego prawdziwości.
Nikt, prócz niej, nie widział zdarzenia, ale wszyscy co do tego nie mieli
wątpliwości. Oni nigdy się nie poddawali. Nawet jeśli nie mieli szans na zwycięstwo.
Poza tym ich nieprzeciętne zdolności magiczne nie pozwalały im stać i spokojnie
czekać, aż napastnik ich zabije. Musieli walczyć. To było oczywiste. Nie
uciekli. Stanęli do boju.
W przyszłym tygodniu miną dwa miesiące od ich śmierci, mimo to ból po ich
stracie był tak samo mocny jak w dniu, w którym dowiedziała się o ich śmierci.
Nie z gazet jak większość. Ona w tym dniu siedziała w barze i czekała na wieści
od nich. Wyjechali do Paryża na romantyczny wypad we dwoje. Mieli wrócić
następnego dnia. Chcieli, żeby Sabrine im towarzyszyła, ale się nie zgodziła.
To był ich dzień. Nie miała najmniejszego zamiaru być piątym kołem u wozu.
To był błąd. Dumbledore wykorzystał ich rozdzielenie. Sabrine zdziwiła się,
że nie wybrał do ataku jej. W końcu została sama, a oni we dwójkę. Być może w
ten sposób zminimalizował liczbę mścicieli? Gdyby zabił ją miałby na głowie
dwójkę ludzi żądnych zemsty. Zabijając ich, miał tylko Sabrine.
Dziewczyna przeklęła. Pamiętała doskonale, w jaki sposób dowiedziała się o
ich śmierci.
Do baru weszła trójka ludzi. Mieli mnóstwo świeżych ran i siniaków. Wyglądali żałośnie, mimo to byli w bardzo dobrych humorach. Rozmawiali o powodzeniu swojej misji.
Do baru weszła trójka ludzi. Mieli mnóstwo świeżych ran i siniaków. Wyglądali żałośnie, mimo to byli w bardzo dobrych humorach. Rozmawiali o powodzeniu swojej misji.
– Nie sądziłem, że są aż tak niebezpieczni.
– Byli, Brian. Dzięki Bogu, byli. Na szczęście już nam
nie zagrażają.
Wspomniany zaśmiał się i przytaknął gorliwie.
– Strach człowieka bierze, jak pomyśli, co by było
gdyby dołączyli się do Sami-Wiecie-Kogo – odezwał się trzeci. – Osiemnastu ludzi nie mogło dać im rady! Osiemnastu!
W tym momencie Sabrine poczuła dziwny niepokój. Zaczęła uważniej
przysłuchiwać się mężczyznom, jednak ci zmienili temat. Komentowali teraz tyłek
siedzącej kilka metrów dalej mugolskiej dziewczyny w bardzo skromnej miniówce i
bluzce ledwie zakrywającej jej obfity biust. Dyskretnie, by nie wzbudzać
podejrzeń, wysunęła nieco różdżkę z rękawa. W myślach wypowiedział zaklęcie.
Nim pogrążyła się we wspomnienia Briana, dostrzegła jeszcze dziwny grymas na jego
twarzy. Przeczesywała umysł ofiary w zawrotnym tempie. Musiała się pospieszyć,
inaczej pozostali mogli zorientować się, że coś jest z nim nie w porządku.
Dotarła do odpowiedniego wspomnienia i zamarła. Z rosnącą gulą w gardle oglądała
zasadzkę na swoich przyjaciół. Zamachowcy toczyli ich w mgnieniu oka, celując w
ich serca różdżkami. Niemal jednocześnie każdy z nich rzucił zaklęcie. Jedynie
refleks Imperio uratował ich oboje. Chwilowo. Błyskawicznie dobył różdżki i
machając nią nad głową, otoczył ich kolistą barierą. Zaklęcia uderzyły w nią z
hukiem i odbiły się, trafiając dwójkę z napastników rykoszetem. Obaj padli na
ziemię. Martwi.
Zielone światło po raz kolejny rozbłysło. Tym razem Crucio odparła atak, po
czym natychmiast przeszła do ofensywy. Płomienny bicz omal nie ściął głowy
jednemu z atakujących. Jednak reszta już zdążyła wypuścić z różdżek kolejną
salwę klątw. Płomienie we wszystkich znanych kolorach świstały wokół . Tylko
dzięki wyjątkowemu szczęściu i ponadprzeciętnym zdolnościom dwójka ofiar
zamachu stała jeszcze na nogach.
Walka była nierówna, ale zacięta. Broniący się mieli świadomość, że są na
przegranej pozycji. Nie chcieli się jednak poddać. Pomimo wizji rychłej śmieci
nie rezygnowali. Walczyli. Nie dali poznać po sobie strachu i niepewności.
Zachowali maskę zimnej, wyniosłej obojętności i pewności siebie. To
dekoncentrowało ich wrogów i minimalnie zwiększało ich szansę.
Mimo przewagi liczebnej zamachowcy nie mogli przechylić szali zwycięstwa na
swoją stronę. Ciągle któryś z nich padał na ziemię bez ruchu. To była bitwa na
śmierć i życie. Jednak Zaklęcia Niewybaczalne padały tylko ze strony
napastników. Imperio i Crucio jedynie odpierali je. Nie zniżyli się do poziomu napastników
i próbowali ich zabić. Tamci ginęli od własnych rykoszetów.
Sabrine uważała członków Zakonu Feniksa za półgłówków, ślepo zapatrzonych w
Dumbledore’a i niepotrafiących walczyć. Jednak rzeczywistość prezentowała się
inaczej. Ci ludzie z całą pewnością nie byli ani głupi, ani słabi. Dotarło do
niej, że prawdopodobnie większość z nich nie tyle ślepo ufa w idea starca, co
sama je podziela. W tamtym momencie przestała uważać ich za marionetki i
zaczęła szczerze nienawidzić.
W pewnym momencie samotne zaklęcie przedarło się przez linie obrony i
ugodziło Doris w bok. Kolejne trafiło w bark, następne w nogę. Dziewczyna zachwiała się i opadła na lewą
stronę, trzymając się za jedno z bolących miejsc. Nie wydała przy tym żadnego
dźwięku, nawet najmniejszego jęku. Jedynie niewielki grymas bólu, który
wykrzywił jej twarz, pozwolił stwierdzić, że cierpi. Leo ostatkiem sił
wyczarował wokół nich barierę mocy pochłaniającej atakujące klątwy. Chciał
podbiec do swojej dziewczyny, ale ta wycelowała w niego różdżką. Pomimo bólu i
przerażenia zachowała zimną krew.
– Teleportus!
Jej zaklęcie było zbyt słabe, by uratować życie ukochanemu. Przeniosło go
jedynie kilkanaście metrów dalej, kupując mu tym dodatkowe chwile życia.
Błysnęło zielone światło i dziewczyna wrzasnęła. Mężczyzna, którego umysł
penetrowała Sabrine teleportował się z kilkoma innymi jeszcze zanim ciało
Crucio upadło na ziemię. Dopadli do Leo. Leżał nieprzytomny, a jego głowę
otaczała aureola krwi. Nie musiała oglądać tego dalej. Nie chciała. Już
wiedziała, co się stało. Oboje umarli.
Wpadła w szał. Brutalnie wydostała się z głowy mężczyzny. Po chwili wszyscy
trzej leżeli na ziemi. Jednego zaklęcie Sabrine odrzuciło na barek z trunkami.
Szkło rozprysło się, wbijając w niego. Uderzył głową o jedną z półek i osunął
nieprzytomny. Dwaj pozostali zaatakowali. Mugolka wrzasnęła przerażona, ale
nikt nie zwracał na nią uwagi. Barman czym prędzej czmychnął na zaplecze, wrzeszcząc
i klnąc.
W oczach jednego z mężczyzn Sabrine dostrzegła błysk. Rozpoznał ją.
– Avada kedavra!
Ona nie musiała wypowiadać zaklęcia. Machnęła różdżką i klątwa odbiła się
od jej bariery. Uderzyła rykoszetem w klatkę piersiową mężczyzny, a siła
odrzuty przerzuciła go przez ladę.
Trzeci popatrzył na nią z przerażeniem, ale nie uciekł. Zaatakował. Nie
miał szans. Po chwili zaklęcie trafiło i jego. Z sadystyczną przyjemnością
patrzyła, jak jego ciało kurczy się i marszczy. Wybałuszył na nią oczy nie
wiedząc, co się stało. Ona wiedziała. Zaklęcie powoli osuszało go z wody. Jego
komórki kurczyły się i rozpadały.
Drzwi otworzyły się i do środka wbiegło trzech aurorów. Musieli przechodzić
obok i zobaczyć dziwne błyski światła przez szybę. Z przerażeniem obrzucili
spojrzeniem zdewastowany lokal. Sabrine nie czekała, aż wyjdą z osłupienia. Deportowała
się.
Wkrótce potem napisali o zdarzeniu w gazetach. Mężczyznę udało się cudem
uratować, jednak w ciężkim stanie trafił na intensywny oddział w szpitalu św.
Munga. Uzdrowiciele zgodnie twierdzili, że jeżeli z tego wyjdzie, będzie
sparaliżowany bądź upośledzony umysłowo. Natomiast pierwszy, którego
zaatakowała, miał jedynie wstrząs mózgu, ale dość niedelikatna penetracja jego
umysłu dokonana przez Sabrine i gwałtowne wyjście z niego kosztowało go utratę
zmysłów. Nikt nie potrafił jednoznacznie stwierdzić czy uda mu się je
kiedykolwiek odzyskać.
Atakiem obciążono śmierciożerców. Podczas całego zajścia Sabrine miała na
sobie pelerynę z narzuconym kapturem. Nikt prócz martwego mężczyzny jej nie
rozpoznał.
Do tej pory nikomu nie powiedziała, kto jest odpowiedzialny za śmierć jej
przyjaciół. Wiele razy próbowała, ale początkowo dostawała napadów wściekłości,
mówiąc o tym. Wówczas magia wirowała wokół niej, rozbijając i zamieniając
wszystko w kupkę śmieci. Potem wściekłość odsunęła się i zawładnęła nią
rozpacz. Płakała całymi dniami, dławiła się łzami i nie była w stanie nawiązać
z nikim sensownej rozmowy. Ciągle powtarzała tylko, że wszystko jest winą
Dumbledore’a. Przez ten czas mieszkała u Painów. Bała się, że przywódca Zakonu
wykorzysta jej słabość i zaatakuje ją we własnym domu.
Dziwiła się czemu wcześniej tego nie zrobił. W końcu jej rodzice nie
mieliby nic przeciwko. Nie kochali jej, nie zależało im na niej. Uważali
Dumbledore’a za nieomylny wzór cnót. Na pewno jej śmierć potraktowaliby jako
przykrą konieczność.
Teraz wściekłość powróciła, jednak była nieco mniejsza od tej pierwotnej. Od
kilku tygodni zaczęła planować zemstę. Paradoksalnie atak, którego dostała
cztery dni temu pomógł jej. Omal nie została rozerwana przez własną moc, ale
dzięki temu nie tłumiła już w sobie uczuć. Nadal cierpiała, jednak nie tak
mocno jak na początku.
Kiedy wspomniany atak minął, leżała nieprzytomna w gruzach pokoju przez dwa
dni. Nikt przez ten czas nie mógł się do niej dostać. Nawet skrzaty domowe nie
umiały przebić się przez jej zaklęcia ochronne. Kiedy się obudziła w pierwszym
momencie przeklęła swoją głupotę. Klątwy broniące dostępu do niej zatrzymały
potrzebną jej pomoc. Dopiero kiedy uniosła się na drżących ramionach i
obrzuciła wzrokiem zdewastowane pomieszczenie, ucieszyła się, że nikt tu nie
wszedł. Nie chciała, żeby Dumbledore dowiedział się, że jest zdolna do czegoś
takiego.
Nie miała na nic siły. Burczało jej w brzuchu, jelita skręcały się wewnątrz
niej, powodując uczucie mdłości, ciążące jej powieki opadały, a ciało
kategorycznie sprzeciwiało się innej pozycji niż leżącej. Jedynie ostatkiem
woli zmusiła się do wstania. Bolała ją każda budująca jej organizm komórka. Z
grymasem podeszła do jedynej ocalałej rzeczy. Medalionu.
Podniosła go i zawiesiła na szyi. Ostatnim razem miała go na sobie w noc
ostatniego koszmaru. Kiedy po raz setny przyśnił jej się moment stworzenia go,
który następnie zamienił się w marę zdjęła go i cisnęła do szuflady. Od tamtej
pory nie miewała złych snów, a i irytujący głosik Crucio ucichł. Nie chciała przyznać
nawet sama przed sobą, że w pewnym sensie brakowało jej tego ostatniego.
Nie miała pojęcia, która godzina ani który dzień, ale sądząc po widoku za
oknem musiało być południe. Słońce świeciło jasno i wysoko, a na ulicy nie było
ludzi. To oznaczało, że większość jest w pracy, a więc nie mogła stracić
świadomości na dłużej niż cztery dni. Oczywiście istniała też możliwość, że owszem
jest dzień roboczy, ale następnego tygodnia. Nie była to zbyt pocieszająca
perspektywa, ale przynajmniej dom powinien stać opustoszały. Ojciec Sabrine
zawsze od rana do późnego popołudnia przebywał w swoim biurze w Ministerstwie,
a matka chodziła ze sąsiadkami po sklepach.
Ignorując zawroty głowy, ściśnięty żołądek i słabość, trzymając się za pulsującą
głowę, podeszłą do drzwi. Miały na sobie ślady jej wybuchu w postaci zadrapań,
dziur i kawałków smętnie zwisających wstążek drewna. Klamka była naderwana i
niemal całkowicie stopiona. Sabrine
próbowała ją nacisnąć, ale rezultat był taki, że odpadła całkowicie, a drzwi
pozostały zamknięte.
„Przydałaby się różdżka.”
Podniosła kawałek cienkiego drewienka i włożyła jego koniec w dziurkę od
klucza. Musiała przy tym podeprzeć się jedną ręką drzwi, bo nagle zakręciło jej
się w głowie. Mdłości zaatakowały ze zdwojoną siłą, w uszach słyszała
nieprzyjemny szum. Zacisnęła oczy, czekając aż poczuje się lepiej. Dopiero po
chwili kontynuowała próbę wydostania się z sypialni.
Przekręcała drewienko we wszystkie strony bez widocznego rezultatu. Po
chwili usłyszała trzask, świadczący o jego pęknięciu. Wzięła głęboki wdech.
Częściowo po to, by się uspokoić, a częściowo dlatego, że znowu zakręciło jej
się w głowie. Czuła się coraz gorzej. Bała się przykucnąć i odpocząć. Nie była
pewna czy udałoby jej się ponownie wstać. Zmusiła się, więc do stania i
cierpliwego czekania na owoc swojego wysiłku. W ślimaczym tempie wydłubała
pozostałości prowizorycznego klucza z zamka i rozejrzała się w poszukiwaniu
czegoś trwalszego. Jej wzrok padł na metalowy drążek niewiadomego pochodzenia.
Chwyciła go i ponownie zabrała się do majstrowania przy zamku.
Nagle naszły ją obawy, że zaklęcia otaczające pokój i broniące dostępu do
niego, mogą być przyczyną, dla której nie może otworzyć tych przeklętych drzwi.
Niepokój rósł w niej z każdą chwilą,
jednak nie poddawała się. To nie leżało w jej naturze.
Po kwadransie, który dla niej trwał dłużej niż wieczność zamek kliknął i
ustąpił. Dziewczyna omal nie popłakała się z ulgi. Cała lepiła się od potu, a
ręce trzęsły jej się niebezpiecznie. Mimo to nie traciła czasu i otworzyła
drzwi. Oparłszy się o futrynę nasłuchiwała.
W domu panowała absolutna cisza. Nie słychać było ani rozmów, ani odgłosów
domowej krzątaniny. To napełniło ją przekonaniem, że jest jedyną osobą w
budynku. Niestety nie mogła dla pewności rzucić zaklęcia sprawdzającego
obecność innych osób. Znalezienie czegoś tak małego jak różdżka, w stanie
zupełnego wyczerpania, w panującym wokół chaosie było niemożliwe. Do tego uporczywy,
ostrym bólu nie pozwał jej się skupić na niczym, a tym bardziej na jakimkolwiek
zaklęciu. Oczywiście różdżka mogła również ulec zniszczeniu, czego dziewczyna
nawet nie chciała brać pod uwagę.
Postanowiła zaryzykować i wyjść z pokoju. Nie pomyliła się. Jej rodziców
nie było w domu. Ucieszyła się. Zatrzasnęła drzwi i z ogromnym trudem podeszła
do schodów. Jęknęła w duchu. Jeszcze nigdy drewniane stopnie w jasnym kolorze nie
wydawały się tak strome i wysokie. Szła po nich powoli, opierając się całym
ciężarem ciała o barierkę. Krok za krokiem.
„Muszę dojść jedynie do salonu. To blisko” – pocieszała się.
Z ostatnich trzech schodków spadła. Skuliła się z bólu, jęcząc. Świat
wirował jej przed oczami. Barwne obrazy wiszące na ścianie stały się kręcącymi,
kolorowymi prostokątami. Poszczególne stopnie zlały się ze sobą, tworząc
zjeżdżalnię. Biały sufit oślepiał. Zrobiło jej się niedobrze i była pewna, że
za chwile zwymiotuje. Oparła się o drewniane szczeble barierki i zamknęła oczy.
Starała się wyciszyć.
Siłę do wstania odzyskała dopiero po kwadrancie. Szybko jednak z powrotem
znalazła się na ziemi. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa już po kilku krokach. Położyła
twarz na szorstkim, wąskim, dywanie leżącym na całej długości korytarzyka, na
którym się znajdowała. Z tej pozycji miała doskonały widok na kuchnię. Owo
pomieszczenie zawsze przywodziło jej na myśl szpitalny pokój. Gospodyni osobiście
dbała, by zawsze wszystko w niej świeciło czystością. Mimo że mieli skrzata
domowego, to pani Grich rządziła w kuchni. W otoczeniu białych mebli z blatami
wykonanymi z jasnego drewna, brzoskwiniowych kafelek podłogowych i o odcień od
nich jaśniejszych ścian czuła się jak ryba w wodzie.
Sabrine podparła się na łokciach, ale nie udało jej się podnieść. Parsknęła
z frustracji i ze łzami w oczach zaczęła się czołgać w stronę salonu.
Wtem usłyszała głosy za drzwiami. Jeden należał do matki dziewczyny, a
drugi do sąsiadki mieszkającej naprzeciwko. Obje kobiety szczebiotały o czymś
wesoło. Przez zawroty głowy, szum w uszach i odległość nie mogła zrozumieć
poszczególnych słów, ale wiedziała jedno. Musiała się pospieszyć. Nie mogły jej
zobaczyć.
Zacisnęła zęby. Strach dodał jej siły. Poczuła jak adrenalina buzuje jej w
żyłach. Wykorzystując nagły napływ siły, podparła się na kolana i, podciągając się
na stojącej obok szafce, wstała. Trzymając się mebli, najszybciej jak mogła,
zaczęła przemierzać salon. Słyszała kroki na podjeździe. Potknęła się i upadła.
Na szczęście prosto na wygodną kanapę. Jej ciało ucieszyło się i nie chciało
wstać, ale umysł był świadom otwieranych drzwi wejściowych. Głosy głośniej rozbrzmiały
w holu. Zdecydowanie zbyt głośno. Głowa Sabrine eksplodowała jeszcze większym
bólem.
Ostatkiem sił poderwała się z kanapy i rzuciła na kominek. Pani Grich i
sąsiadka pozbyły się już płaszczy i szły w stronę pokoju, w którym się
znajdowała. Miała mało czasu. Nabrała garść proszku i szepcząc pod nosem miejsce
docelowe wkroczyła do kominka, rozsypując Fiuu. Zniknęła chwile przed tym, jak
kobiety weszły do salonu.
Pojawiła się w kominku państwa Painów i upadła nieprzytomna prosto pod ich
stopy.
Zajęli się nią jak własną córką. Teraz już czuła, że jest gotowa wyjawić im
prawdę. Zasłużyli na to, by wiedzieć jak zginęła Crucio i jej chłopak, którego
traktowali jak syna. To właśnie wspomnienie ich morderstwa wywołało u niej
wściekłość, kiedy walczyła z szóstką aurorów. Zasadzka w domu urzędnika
przypominała tę, w którą wpadli Crucio i Imperio.
Wróciła myślami do rzeczywistości. Ostatnio zbyt często i zbyt długo
zagłębiał się we wspomnieniach. Jedno zdarzenie przywodziło na myśl drugie i
Sabrine zaczynała tracić kontakt ze światem, gubić się w odmętach przeszłości,
mylić to, co jest z tym, co było. Pogrążając się w myślach często zapominała,
co jest jej najważniejszym celem. Była nim oczywiście zemsta na mordercach jej
przyjaciół i mężczyźnie, który wydał rozkaz zabicia ich. Musiała przestać
rozpamiętywać minione czasy. W duchu przysięgła sobie, że to ostatni raz, kiedy
pozwoliła umknąć teraźniejszości.
Wstała z ławeczki przy nagrobku przyjaciół i ostatni raz rzuciła okiem na
pozłacany napis. Następnie poprawiła przyniesione kwiaty i znicza, by
znajdowały się w idealnym położeniu.
– Pomszczę was – szepnęła.
Zawsze żegnała ich tymi słowami.
Deportowała się.
---
Dobra,
przyznaję się, że początkowo naprawdę zabiłam Sabrine. Początek rozdziału napisałam już
miesiąc temu, kiedy rozgrywały się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej.
Konkretnie miał miejsce wówczas mecz Polska-Portugalia. Tak wściekłam się, że
przegraliśmy, że wyładowałam się na głównej bohaterce. Miałam ten moment
wyciąć, ale stwierdziłam, że dodam opis pogrzebu Crucio i Imperio i potrzymam
Was chwilę w niepewności :P
Nie powiem
rozdział długi i wydaje mi się treściwy. Chciałam nieco rozjaśnić kilka wątków
i oddać w nim stan emocjonalny Sabrine, która ciągle wspomina różne wydarzenia
z przeszłości i powoli wariuje. Mam nadzieję, że choć trochę mi się udało.
Nie wiem,
kiedy będzie następny rozdział. Część już napisałam, więc nie jest źle. Nie mam
też pojęcia czy opublikuję więcej niż jeden post w następnym miesiącu.
Mam nadzieję,
że rozdział Wam się spodobał. Z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze, bo
sprawiają mi nie mniejszą radość niż
pisanie. Nawet te negatywne, oczywiście wyrażone w kulturalny sposób. Dzięki
nim mogę się wiele nauczyć. Zachęcam także do dołączenia do Obserwatorów
wszystkich, których mój blog zaciekawił.
Pozdrawiam!
E.M.S.
PS Jak podoba
się Wam nowy szablon? Wygodnie się czyta czy coś zmienić?